Gorączka świątecznych zakupów

W tym roku czekają nas dwie niedziele handlowe – jedna z nich tuż przed Wigilią.

Z niej skorzystają pewnie ci, którzy do ostatniej chwili będą zapracowani albo zapominalscy, którzy przyrządzając groch z kapustą przypomną sobie, że nie mają grochu, a całą kapustę zużyli już na pierogi – bo to przecież najważniejsze danie wigilijne (przynajmniej według mnie). Jadąc po zakupy, delikwent taki straci mnóstwo czasu na dojazd (a właściwie stanie w korkach). Zawsze może jednak poprawić sobie nastrój, oglądając wystawy sklepowe, pięknie przystrojone witryny, które kuszą bogactwem towaru. Po takiej chwili relaksu i ponownym nabraniu energii do prac świątecznych należy wykazać się dużą cierpliwością, bo przecież na parkingu ani jednego miejsca wolnego. Ale, ale… czyżby ktoś szykował się do wyjazdu? Tak! Hurrra! Będzie miejsce wolne! Osobnik „przyczaja się”, kątem oka widzi jeszcze trzech kręcących się w pobliżu, szukających miejsca. Oby tylko się nie zbliżyli. W myślach pogania gościa, który ostatkiem sił pakuje zakupy do bagażnika, jego zadowolona żona siedzi uśmiechnięta – zapewne ma już wszystko do przygotowania świątecznej kolacji. Jest. Zapakował wszystko, poczłapał do samochodu, odpala silnik. Konkurenci do miejsca już się zbliżają… silnik, wsteczny, wyjeżdża. Udaje się. Nasz „przyczajony tygrys” zajmuje miejsce i już biegnie po zakupy cały zadowolony ze swojego osiągnięcia. Tu jednak jego entuzjazm opada, bo kolejka zdaje się nie mieć końca. I znów uzbraja się w cierpliwość, czeka, słucha rozmów innych klientów, jedni rozmawiają o pogodzie („znów święta bez śniegu”), inni o przepisach („myślisz, że sushi pasuje na świąteczny stół?”), a jeszcze inni upominają się o swoje prawo do przestrzeni („proszę się nie pchać!”, „pan tu nie stał!” itp.). Kto nie przeżył tej „przyjemności” stania w kolejce podczas świątecznych zakupów, ten nie zna jeszcze życia. Za to jaka jest radość, gdy już wraca się do domu ze świadomością, że teraz już tylko kuchnia, kuchnia i kuchnia.

Nauczona wieloletnim doświadczeniem opisanym jak wyżej, staram się robić świąteczne zakupy wcześniej, kiedy jeszcze są miejsca na parkingach, a ludzie nie są zestresowani brakiem czasu na świąteczne przygotowania. Handlowcy bardzo szybko przypominają o zbliżających się Świętach. Jak tylko z pólek sklepowych znikają znicze, pojawiają się na nich czekoladowe Mikołaje, ozdoby choinkowe i inne bożonarodzeniowe gadżety.  Zaczyna się od dużych marketów, do tego dochodzą centra handlowe, na końcu dołączają osiedlowe sklepiki. Witryny przystrojone bombkami, lampkami, świecidełkami zachęcają klienta, żeby właśnie tu zostawił swoje pieniądze.

Przygotowujemy  się do wielkiego obżarstwa, ale nie tylko spożywcze zakupy spędzają nam sen z powiek. Bo przecież jeszcze trzeba kupić prezenty i tu zaczynają się schody. Myślimy, kombinujemy, co by tu sprawiło przyjemność naszym najbliższym. Na to też mam sposób. Zapisuję w specjalnym notatniku pomysły na prezenty, które pojawiają się w ciągu roku. Na przykład mama mówi, że pies pogryzł jej ostatnio kapcie, do notatnika – „mama-kapcie”, brat mówi, że podoba mu się muzyka jakiegoś zespołu – „brat-płyta CD taka a taka”, tata chce hodować warzywka w ogródku – „tata-konewka i grabie”, mąż marudzi, że ciągle musi pożyczać młotek i kombinerki od sąsiada – „małżonek-zestaw narzędzi” i tak dalej. Bardzo lubię sprawiać przyjemność moim bliskim i lubię, kiedy są szczęśliwi, a są szczęśliwi, gdy prezent jest trafiony. Są zadowoleni z jeszcze jednego powodu. Wiedzą, że ich słucham i wybierając coś, myślę właśnie o nich. O to chyba chodzi w tych prezentach, żebyśmy czuli się ze sobą związani. Obdarowując kogoś upominkiem, którego on pragnął, pokazujemy mu że dobrze go znamy, w pewien sposób zacieśniamy więzi rodzinne.

Życzę wszystkim samych trafionych prezentów!

Emka

Podziel się na:
  • Facebook
  • email
  • Blogger.com
  • Twitter
  • Blip
  • Dodaj do ulubionych
  • Gadu-Gadu Live
  • Google Bookmarks
  • LinkedIn
  • Wykop

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

*